Wojna za naszą wschodnią granicą toczy się również w sieci. Atak Rosji na Ukrainę wywołał lawinę artykułów, informacji i komentarzy. Nie wszystkie doniesienia są jednak prawdziwe, część z nich ma za zadanie wywołać chaos i niepewność. Nie pozwólmy na to.
Wierny przyjaciel – zadanie pobocznie występujące w grze Wiedźmin 3: Dziki Gon, w którym Geralt pomaga Chłopowi z Białego Sadu zrzuconemu z grzbietu wierzchowca. Zadanie możliwe do wykonania jedynie w zakończeniu w jakim Ciri zostaje następczynią Emhyra i przyszłą Cesarzową Nilfgardu. Po opuszczeniu karczmy w Białym Sadzie Geralt jest świadkiem tego, jak wierzchowiec zrzuca ze
Wywiad z byłym żołnierzem GROM - NAVALEM Jak przygotować się na ewentualność wojny Czy Polska może czuć się zagrożona Na czym polega praca żołnierza
GROM (polsky celým názvem Jednostka Wojskowa GROM im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej) je speciální jednotka Ozbrojených sil Polské republiky, vytvořená 7. července 1990 (vojenská jednotka číslo: 2305). Jednotka je určena pro provádění speciálních operací, úderných akcí a také protiteroristických operací.
10 maja Muzeum Lubuskie gościło byłego żołnierza GROMu i autora licznych książek - Navala. Nasz gość wziął udział w spotkaniu autorskim z udziałem m.in. uczn
Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych generał broni Mirosław Różański opowiada m.in. o swojej służbie wojskowej oraz o misji w Afganistanie. Materiał przy
Dziś rocznica śmierci Sławomira Petelickiego Pomysłodawca i pierwszy dowódca GROMu, sporo można o nim poczytać we wszelkich wspomnieniach byłych żołnierzy, którzy z nim współpracowali i wyrażają się o nim wyłącznie w superlatywach. Twórca pewnej wizytówki naszego kraju. 16 Jun 2023 09:03:02
Wujek Samo Zło w Życiu Stolicy rozmawia z Pawłem Jaworskim Inicjator powstania wspólnoty Żołnierzy Chrystusa. Serdecznie Polecamy!
The GROM Military Unit, named after the Cichociemni Paratroopers of the Home Army, is a Polish unit of Special Forces established on July 13, 1990, to conduct a range of special operations: rescue missions, direct actions and anti-terrorist operations. GROM was created by then-Lieutenant Colonel Sławomir Petelicki, later promoted to Brigadier
Płaca w armii w 2023 roku z uwzględnieniem 400 zł podwyżki. 4960 zł brutto – szeregowy. 5560 zł brutto – kapral. powyżej 10 tys. zł brutto – pułkownik i wyżsi stopniem. 18 150 zł brutto – generał. Zobacz również. Trenażery, czołgi i strzelanie.
poIrO5. 14 gru, 2018 Wywiady wojna, wojsko, wywiad Naval – były żołnierz GROM-u, autor kilku książek – opowiada o tym, jak wygląda selekcja do tej jednostki, jak szkoli się przyszłych komandosów i z czym muszą mierzyć się podczas codziennej pracy. Odzież (spodnie, bluza, kurtka, polar i czapka) w kamuflażu CamoGrom do dostania w sklepie Wywiad: „7 metrów pod ziemią” (polecamy kanał)
Płakałem tylko wtedy, gdy byłem na misji i kiedy trumny z poległymi żołnierzami polskimi oraz wojsk koalicji były z ceremoniałem wojskowym wnoszone do samolotów. Nigdy więcej. I nigdy się nie poddałem. Żołnierze GROM-u nie szkolą się po to, żeby przegrywać. Uczymy się walczyć po to, żeby zwyciężać – mówi Krzysztof Puwalski, były oficer GROM, autor książki „Operator 594”.Kto to jest operator?To żołnierz jednostki specjalnej, który po selekcji, kursie podstawowym oraz kursach specjalistycznych trafia do Zespołu Bojowego, obejmując w nim określoną funkcję. Ja pełniłem w GROM-ie różne funkcje. Byłem między innymi breacherem, czyli operatorem pirotechnikiem, który odpowiadał między innymi za otwieranie miejsc zamkniętych – wszelkich drzwi, okien, ścian, podczas szturmu na obiekt. Innymi słowy moim zadaniem było robienie przejść dla sekcji książce „Operator 594” przedstawiasz własną historię. Nie dość, że czyta się ją wspaniale, to człowiek od razu ma ochotę się sprawdzić. Przebiec 10 kilometrów w czasie krótszym niż pół godziny, skoczyć ze spadochronem, albo stoczyć jakąś bitwę. Wybrałam 10-kilometrowy bieg i przyznam, że nigdy wcześniej nie biegło mi się lepiej. Twoja książka może być inspiracją nie tylko dla mężczyzn, ale też dla Wspaniale to 22 lata w siłach specjalnych, w tym 12 lat w GROM. Jak oceniasz ten czas?Gdybym miał określić go jednym zdaniem, powiedziałbym, że było to spełnienie moich marzeń. Zrealizowałem wszystkie moje życiowe pasje; a kolejne pojawiały się albo odkrywałem je w sobie, gdy w moim życiu otwierały się nowe drzwi. Tak było ze strzelectwem czy ze spadochroniarstwem – uwielbiałem skoki spadochronowe; kochałem tę prędkość opadania, zanim jeszcze otworzy się czasza spadochronu. Przyjemność sprawiała mi jazda motorem crossowym. Pociągały mnie wszystkie te dyscypliny, które dawały mi adrenalinę. Ale też zupełnie niespodziewanie odkryłem, jak wiele przyjemności sprawiają mi umiejętności komunikacyjne, które rozwinąłem po odejściu z zespołu bojowego. Trafiłem wówczas do grupy rozpoznania taktycznego, okazało się, że świetnie czułem się w działaniach zbliżonych do dojdziemy do tego, w jaki sposób trafiłeś do GROM-u, cofnijmy się do niewielkiej miejscowości Zbójno, w której przeżyłeś dzieciństwo i mówiąc, na przełomie lat 80. i 90. w takich małych miejscowościach nie było co robić. Szaro kojarzą mi się tamte lata. W sklepach pustki; ocet i chleb, a i to nie zawsze. Odkryłem wtedy wiejską bibliotekę. Kolorowe książki, fajne czasopisma. To był świat, który mnie pochłonął. Cały wolny czas spędzałem wtedy w tamtym razu w tej wiejskiej bibliotece zobaczyłeś czasopismo „Żołnierz Polski”, a na okładce zdjęcie komandosa w bordowym zdjęcie rozpaliło we mnie wielkie pragnienie. Pomyślałem, że ja też chcę być komandosem. Od tego się zaczęło. Myślałem o tym bez przerwy. Nawet rysunki z tamtego okresu, a całkiem nieźle wtedy rysowałem, zwłaszcza rycerzy czy wojowników, przedstawiały mnie – dorosłego już faceta jako że miałeś cel i myślałeś o tym celu jako czymś, co już się dokonało, już się wydarzyło. Dziś takich praktyk uczą nowocześni trenerzy rozwoju osobistego, psychologowie. Skąd wiedziałeś o tym, będąc dzieckiem?Nie wiedziałem. Tak jak do dziś nie wiem, skąd się wzięło we mnie to jasne przekonanie, kim będę. Wyobrażałem sobie siebie już w czasie uosabiał te ideały, które były Ci bliskie. Może dlatego, że miałeś bazę. Tą bazą była Twoja rodzina – bardzo ciekawie piszesz o silnych i wytrwałych dziadkach, o mądrych rodzicach, zaradnej siostrze i zasadach, jakie Ci było dla mnie bardzo ważne. Historie moich dziadków, ale też jeszcze wcześniej pradziadków, z których jeden walczył u boku Piłsudskiego, służąc w Legionach; drugi 5 lat spędził w carskim wojsku na Syberii, a po powrocie do domu, w wieku trzydziestu kilku lat zmarł, wyczerpany. Moja mama, bardzo silna kobieta, pokazała mi, że w życiu liczy się to, aby żyć dla innych, nie tylko dla siebie. Kiedy dziś patrzę na drogę mojego życia, myślę sobie, że to jej spojrzenie odcisnęło na mnie największy ślad. Z kolei ojciec – bardzo honorowy człowiek; honor stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Bardzo mi to imponowało. Słowem - mam powody do młodości nie byłeś ideałem. Ciągle jakieś bijatyki. Co takiego jest w pokrwiawionych twarzach, poszarpanych ubraniach, bliznach, ranach?W czasie, kiedy byłem nastolatkiem, w wieku 16-17 lat, my, chłopaki, mieliśmy swoje małe ojczyzny – były nimi nasze małe miejscowości. Gdy jechaliśmy na jakąś imprezę do sąsiedniej wsi i ktoś z naszej ekipy został skrzywdzony, to stawało się powodem do walki i w takich walkach wielokrotnie brałem udział. Takie były czasy, że ostro się przyszły ostre czasy w wojsku. Przy okazji – jak się czyści lustro żyletką do golenia?(Śmiech). Kiedy trafiłem do wojska, byłem strasznym bałaganiarzem. Jednostka podzielona była na rejony, każdy młody żołnierz miał przydzielony swój rejon do sprzątania. Wiadomo, że dla młodych były to najgorsze rejony, na przykład toalety. Sprzątnąłem raz toaletę, ale widocznie sprzątnąłem ją tak sobie, bo podoficer dyżurny kazał mi ją sprzątać do rana za pomocą zwykłej żyletki. Tą żyletką musiałem wyskrobać każdy brudek, łącznie z brudem na kształtowało się wtedy w wojsku charakter przyszłego żołnierza zawodowego?Dzisiaj często krytykuje się te stare metody, których używało się kiedyś.„Ciągle w pędzie, ciągle biegiem” – piszesz w ciągle krzyk. Albo dostawało się stary sprzęt, strasznie niewygodny, który uwierał w każdym możliwym miejscu ciała. Tylko że kiedy oglądam filmy o amerykańskich siłach specjalnych, na przykład Navy SEALs, to tego rodzaju metody ciągle u nich funkcjonują. Kiedy do armii przychodzi młody chłopak czy dziewczyna, chodzi o to, aby kompletnie zburzyć ich wyobrażenia i po to aplikuje się im właśnie coś takiego. Jeśli wytrzymają – to dopiero wtedy można ich na nowo budować jako żołnierzy. W GROM-ie też tak było; kurs podstawowy burzył dotychczasowe przekonania adeptów i budował je od nowa. Nie wiem, czy dziś jeszcze szkoli się żołnierzy w ten nie wiem. Ale fascynująco piszesz o morderczych treningach, jakich treningi, brudne mundury, wyciągane z zapyziałej piwnicy. Ale pamiętam, również jak byłem wtedy dumny, że mogłem ten mundur to był mundur żołnierza z Lublińca?To był mundur wojsk powietrzno-desantowych, z lat 90., tak zwany plastycznie i emocjonalnie opisujesz swoją pierwszą selekcję i wysiłek, jaki trzeba było włożyć w marszobieg z pełnym oporządzeniem na dystansie 60 kilometrów. 10 lat później jesteś w Bieszczadach na kolejnej selekcji, już do GROM-u. Czym te dwie selekcje się od siebie różniły?Do tej pierwszej selekcji byłem kompletnie nieprzygotowany. Miałem za małe buty, niewygodny mundur, siermiężne wyposażenie, że aż trudno to sobie wyobrazić, które uwierało przy każdym kroku. Ale miałem w sobie takie zaparcie, taką determinację, że po prostu biegłem, nie bardzo nawet wiedząc, dokąd biegnę. To był morderczy bieg. Pamiętam, że kiedy dobiegłem do mety, na szczyt wzniesienia, okazało się, że to nie jest koniec, bo trzeba jeszcze odpowiadać na pytania. Byłem jak w transie. Jedno z pytań pamiętam do dziś. Brzmiało: „Czy poświęciłbyś swoją rodzinę dla wykonania zadania?”Poświęciłbyś?To było straszne pytanie. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. W końcu odpowiedziałem: „Nie”. Pomyślałem, że odpowiem, jak czuję, nawet gdybym miał przez to odpaść z odpadłeś. A selekcja w Bieszczadach?Podczas tamtej pierwszej selekcji byłem jeszcze chłopakiem. Podczas selekcji do GROM-u byłem już ukształtowanym mężczyzną, z doświadczeniem. Już po wyczerpujących szkoleniach w jednostce w Lublińcu, już po misji w Iraku. Ale selekcja do GROM-u i tak była niewyobrażalnie, potwornie ciężka. Trwała 6 dni, prócz egzaminów sprawnościowych, wysokościowych i testów psychologicznych. 6 dni walki z samym sobą. Las, noc, zima. Kompas, latareczka i mapa. Idziesz i nie wiesz, czy dobrze idziesz. Masz tylko swoją głowę, umysł i psychikę, która podpowiada ci różne rzeczy. I musisz sobie samemu trafiłeś do GROM-u, o czym jeszcze porozmawiamy, to zdarzyło się całe mnóstwo innych sytuacji i zadań specjalnych, które otrzymywałeś, służąc w jednostce w Lublińcu. Ciekawym było porwanie, jakiego musiałeś dokonać i uczyniłeś to, grając rolę księdza. Jak to było?Nie chcę zbyt wiele zdradzać, bo dokładnie opisałem to w książce…… ale to jest taka porywająca historia!Zadania w latach 90. w jednostkach specjalnych były zupełnie innego rodzaju niż dzisiaj. Nie mieliśmy takich sztywnych procedur. Dziś wszystko jest poukładane; każde zadanie ma swoje procedury, żeby wiadomo było co i jak zrobić. Oczywiście zawsze zostaje element kreatywności, bo bez tego zadanie nie zostałoby wykonane, ale w tamtym czasie, mam wrażenie, mieliśmy dużo więcej swobody. Dziś spotykam się z krytyką tamtych lat, że wtedy był bałagan, ale ja patrzę na to inaczej. Kiedy otrzymałem zadanie porwania człowieka z jego domu, dostałem tylko jego zdjęcie i współrzędne miejsca zamieszkania; nic więcej. I termin, kiedy mam to zrobić – określony dzień, ale bez wyszczególnienia, czy ma to być rano, czy po południu. O tym sam miałem zdecydować, podobnie, jak miałem wybrać, w jaki sposób to zrobię. Takie nietypowe zadania wymuszały na nas kreatywne myślenie. Dzięki temu, że na kompanii znalazła się sutanna, bo brat jednego z kolegów był zakonnikiem, mogłem wcielić się w księdza. Nie będę opowiadać szczegółów, bo myślę, że warto samemu o tym przeczytać, ale kiedy wszedłem do domu człowieka, którego miałem porwać, zrobiłem oszałamiające wrażenie na jego żonie, która natychmiast mnie – jako osobie duchownej – zaufała. I o to właśnie chodzi – żeby nie ufać nowym rozdziałem w Twoim życiu był 2003 rok i wojna w Iraku, kiedy uratowałeś życie generała Andrzeja Tyszkiewicza, dosłownie wynosząc go ze strefy śmierci w wiele lat w ogóle o tym nie mówiłem. Po prostu wykonałem swoją robotę – moim zadaniem była ochrona generała. Ale uwierz mi, on mógł w jednej sekundzie zginąć. Wyobraź sobie – wchodzimy w strefę, gdzie wcześniej ginie pułkownik amerykański i dwóch jego żołnierzy. Zaczyna się potężna ofensywa przyjechało mnóstwo amerykańskiego wojska. W ostatniej sekundzie wyprowadziłem generała ze strefy śmierci, o czym on nawet nie zdawał sobie generała do był teamwork z moim kolegą „Zwierzakiem”. On zauważył coś niepokojącego, przekazał mi informację, że w oknach budynku pojawili się mężczyźni z wycelowaną w nas bronią. Błyskawicznie oceniłem sytuację i wiedziałem, że muszę zrobić to teraz. I wrzuciłem generała do samochodu. Szybka decyzja uratowała mu tu takie powiedzenie, że przyjście na czas może oznaczać, że przyszedłeś za było powiedzenie jednego ze snajperów z GROM-u, „Dziadka” – jeśli jesteś na czas, to oznacza, że już jesteś to sobie do serca. Dlaczego starałeś się o przyjęcie do GROM-u? Dlaczego Ci na tym zależało? Przecież byłeś już tym wymarzonym w jednostce w Lublińcu byliśmy naprawdę nieźle wyszkoleni. Ale w Iraku spotkałem dwóch żołnierzy GROM-u, „Navala” i „Janka”. Spędziłem z nimi pięć dni. Obserwowałem ich. Widziałem, jak się poruszają z bronią, co sobą reprezentują. Byli imponujący. Dla mnie to był top. Wtedy postanowiłem, że ja też chcę, że muszę się dostać do przyszła jesień 2004 do GROM-u. To był mój główny cel. Przygotowania do niej trwały długo wcześniej. A potem walka o każdą sekundę, o każde podciągnięcie, o zwycięstwo na opis tej selekcji jest naprawdę niesamowity. Morderczy wysiłek. Ostatnie metry. Walka do końca. Zdobywanie szczytu na czworakach. I konkluzja, która ma moc budzenia świadomości: „Dopóki oddychasz, możesz wszystko”. Wtedy to poczułeś?Dokładnie. Pamiętam, jak biegłem wówczas te 3 tysiące metrów. Biegałem nieźle, byłem wysportowany, wytrzymały, ale kiedy zszedłem z maty, z sali walki wręcz i stanąłem na bieżni, to naprawdę uginały mi się nogi. To było najgorsze 3 tysiące metrów w moim życiu, które musiałem pokonać. Walczyłem o każdą sekundę, bo wiedziałem jedno: musiałem się zmieścić w 12 minutach. Wcześniej to nie było dla mnie jakieś wielkie wyzwanie. Ale wtedy książce cały czas pokazujesz, że sam sobie podnosisz poprzeczkę. Nie przestajesz na tym, co zdobyłeś, idziesz wyżej, zmieniasz miejsca, zmieniasz dekoracje i nagle jest ośrodek Bystre w Baligrodzie, skąd wyruszasz po kolejne swoje zaliczeniu wspinaczki na drabince speleo w Warszawie, otrzymaliśmy tabliczki z numerami i współrzędne, zgodnie z którymi mieliśmy zjawić się w danym miejscu następnego dnia. Wsiedliśmy, do naszych prywatnych samochodów i całą noc jechaliśmy się na wzruszeniem czytałam, kiedy już po selekcji instruktorzy zaprosili was na grilla. Wtedy to oni nalewali wam grochówkę, to oni otwierali wam piwo. Bardzo symboliczny byłem wtedy wzruszony. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym, żeby instruktorzy, którzy przez sześć dni nas „dojeżdżali”, to ostatniego dnia, kiedy okazało się, że nie odpadliśmy, że jesteśmy już po rozmowach z dowódcą jednostki, zapraszają nas na grilla, przyjmują z honorami i nagle jesteśmy dla nich równorzędnymi partnerami, kumplami. Podchodzą do nas, rozmawiają, śmiejemy się. A wraz z tym wszystkim odczuwamy ich wielki do nas szacunek. Pomyślałem sobie: „Kurczę, jestem właśnie w tym miejscu, w którym chciałem być”. To było niewiarygodne uczycie. Później, kiedy byłem już w zespole bojowym i sam jeździłem na selekcje jako instruktor, zachowywałem się identycznie wobec tych, którzy przeszli selekcję, jak tamci instruktorzy wobec mnie. Taki był zwyczaj w GROM-ie. Ale też z wielkim szacunkiem traktowaliśmy i te osoby, które odpadły podczas selekcji. Tak było, tak jest i mam nadzieję, że tak naprawdę poczułeś się jak agent 007? Był taki moment w Twoim zawodowym życiu?Tak się poczułem, będąc już w zespole bojowym, podczas ćwiczeń. To było coś wspaniałego. Ćwiczenia były wspaniale zaplanowane, świetnie ułożone, współpracowaliśmy z różnymi służbami. Czułem się pełną gębą agentem 007 (Śmiech).Tak opisujesz swoje doświadczenia, że wygląda, jakbyś szedł jak burza: kolejne poprzeczki, kolejne zadania, żadnej przegranej, same zwycięstwa. Nie miałeś takiego momentu, kiedy pękłeś, nie wytrzymałeś, kiedy pociekły ci łzy?Płakałem tylko wtedy, gdy byłem na misji i kiedy trumny z poległymi żołnierzami polskimi oraz wojsk koalicji, były z ceremoniałem wojskowym wnoszone do samolotów. Nigdy więcej. I nigdy się nie poddałem. Żołnierze GROM-u nie szkolą się po to, żeby przegrywać. Uczymy się walczyć po to, żeby w GROM-ie selekcja nigdy się nie kończy?Właśnie. Praca trwa cały czas. Cały czas pracujemy nad sobą. Może to górnolotnie brzmi, ale wcale takie nie jest. Współpracując ze sobą, musimy sobie ufać. Pomagać sobie nawzajem. Pilnować się. Jeżeli ktoś zaczyna odstawać – sam podejmuje decyzję o szkołę oficerską. Masz dwa dyplomy, z WSP w Częstochowie i SGH w Warszawie. Jesteś instruktorem technik antyterrorystycznych, spadochroniarzem, instruktorem strzelectwa, wspinaczki, samoobrony, specjalistą komunikacji neurolingwistycznej. A to tylko część Twoich umiejętności. Ciekawa jestem, które z nich Ty sam cenisz najbardziej?Umiejętności komunikacyjne są dla mnie ekstremalnie ważne. Prowadząc szkolenia, widzę, że potrafię nauczyć czegoś w bardzo krótkim czasie. Potrafię przekazywać trudne informacje w sposób prosty, łatwo na początku naszej rozmowy, że Twoja książka jest inspiracją tak samo dla mężczyzn, jak i kobiet, ale dla kobiet masz coś specjalnego. Okazało się, że posiadłeś wiedzę, jak dopasować kobiecie perfumy. Sztuki dopasowania zapachu do konkretnej kobiety nauczył Cię nieżyjący już ambasador Ryszard była magiczna chwila. Byłem z panem ambasadorem w Bagdadzie, na lotnisku. To było wtedy chyba jedyne miejsce w Iraku, które jako tako funkcjonowało; przylatywały samoloty wojskowe, ale i cywilne. I tam działał sklep bezcłowy. Wyobraź sobie – strefa wojenna, a tu masz dobrej jakości alkohol, papierosy, gadżety, jak np. markowe okulary, słodycze i oczywiście perfumy. Pan ambasador dobierał perfumy dla żony dziś świętej pamięci generała Bronisława Kwiatkowskiego. Zapytał mnie: „Kupowałeś kiedyś perfumy dla swojej kobiety?” No, kiedyś kupowałem. „Jak je wybierałeś?” – pytał dalej. Odpowiedziałem, że kierowałem się tym, co w danej chwili było modne, jeśli chodzi o zapachy. „O, to bardzo źle” – oznajmił i rozpoczął wykład. Okazało się, że wszystko zaczyna się od koloru włosów kobiety – inne zapachy są przeznaczone dla blondynek, a inne dla brunetek. To podstawowa z rozdziałów swojej książki poświęciłeś generałowi Sławomirowi Petelickiemu, twórcy GROM. Kim on był dla Ciebie?Miałem przyjemność widzieć pana generała w swoim życiu kilka razy, ale ten najważniejszy raz, kiedy go poznałem, to było zaraz po kursie podstawowym, kiedy zaprosiliśmy pana generała na uroczystą kolację. Wszędzie, gdzie generał Petelicki się pojawiał, wydawało się, że wraz z nim szedł blask. Cała jego sylwetka jaśniała, mówiło się wręcz, że on sam świeci. Wszyscy to zauważaliśmy. To było niesamowite, podobnie jak jego do nas serdeczność. Ryngraf, który od niego dostałem, z jego podpisem, wisi u nas na ścianie i jest traktowany nieomal jak święty pomoc w napisaniu książki i za inspirację dziękujesz córce generała– Dominice Petelickiej. Czy, gdy byłeś żołnierzem GROM-u przeszło Ci przez głowę, że kiedyś będziesz jej partnerem, towarzyszem życia?Powiem prawdę: wtedy nie wiedziałem nawet, że generał ma taką wspaniałą córkę. Poznałem Dominikę w momencie, kiedy już odchodziłem z jednostki; zaprosiłem ją na moje pożegnanie. Ważne było dla mnie, aby była na tej mojej imprezie, jej obecność traktowałem symbolicznie – odchodzę z GROM-u, na pożegnaniu jest córka twórcy GROM-u. I tyle. Musiał minąć kolejny rok, zanim znów się spotkaliśmy i zanim nasze dusze się i romantyczna historia! Przypomnę, że książkę zadedykowałeś wszystkim, którzy nie boją się walczyć o swoje marzenia. Twoim zdaniem to, o czym marzymy, jest po drugiej stronie strachu. Możesz to rozwinąć?Warto w życiu być odważnym; warto walczyć o swoje. Wszystko to, co chcemy osiągnąć, czeka na nas po drugiej stronie strachu. Jeśli ten strach przezwyciężymy; jeśli pokonamy go w sobie, wyjdziemy z własnej strefy komfortu, to osiągniemy wszystko, czego ofertyMateriały promocyjne partnera
Jeden martwy, dziewięciu rannych. W jednej akcji w Afganistanie. Takiej porażki jednostka GROM do tej pory nie poniosła. Sprawdzamy, kto zawinił. Kilkunastu gromowców wspieranych przez żołnierzy polskiego kontyngentu, zabezpieczanych przez śmigłowce, rozpoczęło akcję w miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od polskiej bazy w prowincji Ghazni. Jatka zaczęła się zaraz po tym, jak nasi „specjalsi” przeszli przez płoty. Strzały z kałacha i grad granatów. Doszli do budynku, w którym mieli siedzieć talibowie. Kapitan Krzysztof Woźniak szedł pierwszy. Znalazł się na linii ognia. Dostał serię kul. Jeszcze żył, kiedy transportowano go do bazy Ghazni. Jeszcze jednak w nocy do Warszawy, do GROM, do wszystkich żołnierzy przyszła wiadomość, że stracili kumpla. I że dziewięciu innych jest rannych. Wszyscy odłamkami. Ale że ręce i nogi mają, że będą żyli. Ranni zostali przewiezieni do amerykańskiej bazy w Ramstein w Niemczech, a stamtąd przetransportowani do jednego z warszawskich szpitali. W zeszłym tygodniu jeden z nich został wypisany do domu. Co się stało z Abdulem Rahmanem, na którego polowali gromowcy? Czy został zastrzelony, a może pojmany, wzięty do niewoli i jest teraz przesłuchiwany przez Amerykanów? – Według mojej wiedzy kilku rebeliantów tam zginęło. Tak przynajmniej donoszą moje źródła wywiadowcze. Nie dam pani 100-proc. pewności, że Rahman też – mówi płk Piotr Gąstał, dowódca GROM. Kapitan Woźniak to pierwszy żołnierz GROM, który zginął, jak to dyplomatycznie mówią politycy i sami żołnierze, w strefie działań wojennych, w czasie wypełniania obowiązków służbowych. Próbuję dociec, dlaczego do tego doszło, przecież akcja planowana była przez wiele tygodni, ćwiczona na sucho, analizowana. Pułkownik Piotr Gąstał, dowódca GROM, najpierw informuje mnie, że sprawa jest w toku, że za wcześnie wyrokować. Naciskam, pytam, czy to była zasadzka. – Wie pani, wolałbym, żeby tak było. Na razie wszystko wskazuje na to, że zostaliśmy zmanipulowani. Wiele razy próbowano już nas wciągnąć w takie zasadzki. Bywały sytuacje, że chłopcy byli w środku, w zabudowaniach, odkrywali nagle, że coś jest nie tak, że zaczyna się atak, i natychmiast była ewakuacja. Albo ledwo zdążyli wyjść i pomieszczenie wylatywało w powietrze. Oczywiście bywało, że byli ranni, połamane kończyny, żebra, ale wychodzili z tego cało, nikt nigdy nie zginął. Tym razem trafiliśmy na zbrojny opór. Niestety nie jesteśmy nieśmiertelni, nie jesteśmy kuloodporni. Więcej na ten temat w najnowszym numerze tygodnika "Wprost", który w niedzielę o godzinie 20 będzie dostępny w formie e-wydania. Najnowszy numer "Wprost" będzie także dostępny na Facebooku.